20091101

Stary Byk Lee



Tego pana jeszcze nie przedstawiałem (choć niektórym na pewno jego koścista postać jest dobrze znana) spieszę więc nadrobić zaległości. William S. Burroughs znany tez jako William Lee. Poniżej zamieszczam dwa artykuły dla dociekliwych.

Mnie zaintrygował taki oto opis stawiający go w nieco innym świetle:

W późnym okresie swej twórczości Burroughs często nawiązuje do książek Carlosa Castanedy, Johna Fowlesa, Normana Mailera, do Egipskiej i Tybetańskiej księgi umarłych. Z tego okresu pochodzi ciekawy epizod, znany z relacji Harolda Norse'a, jednego z poetów zamieszkujących Beat Hotel w Paryżu.
Burroughs powiedział, że dostał list od Ginsberga; Allen pisał o poznanej w Indiach technice medytacyjnej, dzięki której potrafi osiągnąć stan wyzwolenia od własnego Ja. Bill skomentował to słowami:
-Wielka sztuka. Mogę to zrobić w każdej chwili.
-W jaki sposób? - zapytał Norse.
-Po prostu, twoja osobowość znika, wychodzisz poza swoje ciało. Spójrz... o, tak!
Burroughs wstaje. Jego oczy tracą blask, twarz jest zupełnie pozbawiona wyrazu. Norse ma wrażenie, że widzi przed sobą mumie egipską.
-Bill, Bill! - woła.
Ale nikt mu nie odpowiada.
Wreszcie Burroughs wraca do normalnego stanu i mówi:
-Teraz rozumiesz?


----------------------------------------------------

- Chyba już pora na nasz numerek z Wilhelmem Tellem – powiedział William Burroughs do swej żony, Joan, pewnego wrześniowego wieczoru 1951 roku, w czasie przyjęcia, które urządzili dla przyjaciół. Żona była trochę zdziwiona, ale ustawiła szklankę z niedopitym drinkiem na głowie. Burroughs wymierzył pistolet i strzelił z odległości zaledwie dwóch metrów. Tylko że pocisk, zamiast w szklankę, trafił żonę w czoło. Zmarła na miejscu. Jej mąż miał dotąd opinię dobrego strzelca. Potem – już tylko znakomitego pisarza.

- Zmuszony jestem do strasznej konkluzji: gdyby nie śmierć Joan, nigdy nie zostałbym pisarzem – mówił Burroughs po wielu latach od nieszczęśliwego wydarzenia. – Żyję w ciągłym strachu przed utratą panowania nad sobą i zarazem w ciągłej potrzebie utraty panowania nad sobą, ucieczki od kontroli. Śmierć Joan przyniosła mi kontakt z przeciwnikiem, złym duchem, i wrobiła mnie w życiową walkę, w której nie miałem innego wyboru. Musiałem wypisać sobie drogę ucieczki.

Lata pokuty i wypisywania sobie drogi ucieczki skończyły się dla Williama S. Burroughsa w sobotnią noc 2 sierpnia 1997 roku, kiedy w wieku 83 lat umarł na zawał serca w swoim mieszkaniu w stanie Kansas. “Wysoki, dziwny i nieprzenikniony, bo wyglądający zwyczajnie, jak nieśmiały urzędnik bankowy z twarzą patrycjusza o wąskich, bladych ustach” – tak pisał o nim Jack Kerouac, beatnik, przedstawiciel generacji, dla której Burroughs był prawdziwym guru. Pierwszej, lecz z pewnością nie ostatniej takiej generacji.

- Czy kiedykolwiek brał pan kokainę?

- Mój Boże, tak! I to dużo. Ale tylko kiedy byłem uzależniony od heroiny.

William Seward Burroughs urodził się za późno, żeby kupować narkotyki prosto z lady, w drogerii. W roku 1914, kiedy przyszedł na świat, opium i kokaina stały się w Ameryce nielegalne. Gdyby o tym wiedział zawczasu, może nawet urodziłby się wcześniej.

Dorastał w St.Louis, w bogatej rodzinie wynalazcy i przedsiębiorcy, założyciela firmy Burroughs Adding Machine. Nawet jako absolwentowi Harvardu trudno mu było jednak znaleźć sobie przyszłe zajęcie, zważywszy na dość niecodzienne zainteresowania: broń, zbrodnie, homoseksualizm i literatura. Wylądował więc w nowojorskim półświatku gangsterskim, poznając tam przyszłych beatników: Ginsberga i Kerouaca, a także rozpoczynając kilkunastoletni romans z heroiną, zresztą całkowicie – co podkreślał – świadomie. Sponsorowali go rodzice.

Szybko zyskał opinię ludzkiego królika doświadczalnego. Połykał, palił lub wstrzykiwał sobie wszystko, co trafiło mu w ręce – od amfetaminy po gałkę muszkatołową. Uciekał ze Stanów Zjednoczonych, gdy ścigano go za posiadanie trawki. Zawędrował wtedy do Paryża, Meksyku i Tangeru, gdzie nieodmiennie fascynował swoją osobą miejscową cyganerię artystyczną.

Anegdotyczna sytuacja miała miejsce, gdy chciano go pewnego razu znieczulić przed poważną operacją. “To morfina” – powiedziała wówczas pielęgniarka, pokazując strzykawkę. “Fajnie!” – odpowiedział Burroughs. – “Strzelaj, kochanie!”. W szpitalu i tak wiedziano, kim był. Lekarz napisał w jego karcie: “Proszę dawać panu Burroughsowi tyle morfiny, ile będzie chciał.”

Nieco bardziej ponure wspomnienia z narkotycznego delirium spisał później w “Ćpunie” – swojej pierwszej powieści, wydanej w 1953 roku. Nie napisałby jej, gdyby nie znajomość z beatnikami. Zresztą gdyby nie oni, prawdopodobnie w ogóle by nie pisał.

- Kerouac podsunął mi tytuł “Nagi lunch”, a dzięki Allenowi Ginsbergowi opublikowałem “Ćpuna”. Ta książka utrzymała mnie przy piórze – zwierzał się w jednym z wywiadów. Utożsamiany przez krytykę z ruchem beatników, nie czuł się jego częścią. Był od nich starszy, nie interesował się buddyzmem i wolał osiadły tryb życia. W pewnym okresie, jeszcze przed meksykańskim incydentem, wspólnie z żoną prowadził farmę. Uprawiał na niej pomarańcze, bawełnę i marihuanę. Beatnicy odwiedzali go regularnie, podziwiając “akumulator orgonowy” – skrzynkę z desek zbitą przez Burroughsa. Miała ona, zgodnie z teoriami Williama Reicha, pomagać organizmowi we wchłanianiu orgonów – drobnych cząstek decydujących o ludzkich siłach witalnych. Burroughs siadywał w niej – nagi jak święty turecki – i “medytował nad własnym pępkiem”.

- Wiecie co, chłopaki, może byście tak spróbowali mojego akumulatora orgonowego? Dajcie sobie trochę ognia w to ciało. Zawsze potem grzeję sto czterdziestką do najbliższego burdelu, hor-hor-hor!

(Jack Kerouac, “W drodze”)

W książkach Kerouaca, czy w słynnej “Próbie kwasu w elektrycznej oranżadzie” Toma Wolfe’a świat jest kolorowy, zabawny, a bohaterowie – wolni. U Burroughsa halucynacje narkotyczne to z reguły koszmarne wizje, a wynaturzone zachowania książkowych postaci wzbudzają co najmniej odrazę. Prawdziwą sławę przyniósł mu “Nagi lunch”, wydany w roku 1959, który doskonale ilustruje tę różnicę. Książce towarzyszył skandal związany z procesem sądowym o obsceniczność, ale Norman Mailer określił ją jako “dzieło geniusza”. Książka ta, pisana w środku heroinowego uzależnienia, w przeciwieństwie do “Ćpuna” nie opisywała faktów, tylko fikcyjny świat Interzone, istniejący wewnątrz doprowadzonego do delirium umysłu bohatera. Interzone jest zniekształconym obliczem rzeczywistości – takim, jakie postrzegał narkoman. Jest krainą pozbawioną jakichkolwiek zasad, bo w pogoni za następną działką ćpun zrobi przecież wszystko.

W “Nagim lunchu” Burroughs pierwszy raz dokonał “filmowego” montażu tekstu. Pociął go na akapity, po czym posklejał w innej, do pewnego stopnia przypadkowej kolejności. Stworzył literacki collage, jakiego dotąd nie było.

Potem wspomagał się techniką cut-up, opracowaną wspólnie z malarzem Brionem Gysinem. – Potnij słowa i spraw, by stworzyły nowy świat – mówił o niej Gysin. – Pisarz nie jest posiadaczem swych słów tak samo, jak malarz nie posiada swych kolorów – wtórował mu Burroughs.

Metoda cut-up stwarzała jeszcze większe możliwości niż doświadczenia, które przeprowadzał Burroughs do tej pory. W cut-up oryginalny tekst cięło się na kawałki i mieszało to z fragmentami innego, obcego tekstu. Miało to odniesienia do stylu dadaistów, surrealistycznego malarstwa, było wręcz przeniesieniem freejazzowej improwizacji na motywach jakiegoś tematu na płaszczyznę literatury.

- Cut-up używać może każdy – mówił Burroughs. – To znaczne ulepszenie dotychczasowych prób kontaktu z duchami zmarłych poetów za pomocą medium. Potnij tekst Rimbauda, a możesz być pewny, że w najgorszym wypadku otrzymasz dobrą poezję, w najlepszym zaś – autor objawi ci się osobiście.

Co ciekawe, głodny nowych doświadczeń Burroughs, nigdy nie był entuzjastą pisania pod wpływem środków halucynogennych. “Nie lubię psychodelików” – podkreślał, najwyraźniej uznając miękkie narkotyki za niegodne twardego, męskiego życia. Kiedy zapytano go, w jaki sposób tworzy, odpowiedział w zaskakująco rzeczowy sposób:

- Wstaję z łóżka. Zwykle piszę między dziesiątą rano a szóstą wieczorem. Nie jadam lunchu. Pracuję jakieś sześć godzin dziennie. Potem idę na spacer.

- Czy uznaje pan jakieś zasady moralne?

- Zawsze uważałem, że moralność to nonsens.

“Nagi lunch” sfilmowany został ponad trzydzieści lat później, przez Davida Cronenberga (późniejszy twórca innego skandalizującego filmu: “Crash”), który zmieszał powieściowe wątki z biografią Burroughsa. Wielkie, mięsożerne stonogi brazylijskie, mówiąca odbytnica, uzębiona wagina i kopulująca maszyna do pisania – to tylko niektóre z przeniesionych na ekran koszmarów Burroughsa. “Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone” – głosi motto filmu Cronenberga, pożyczone od legendarnego dowódcy arabskich “haszyszynów”, Hassana I Sahby. W świecie Interzone rzeczywistość i halucynacja są nie do odróżnienia, a zatem nic nie jest prawdą.

Bohatera filmu, pisarza i specjalistę dezynsekcji, zagrał Roy Scheider. W doskonały sposób wybrnął z trudnego zadania, polegającego na rozmowach z mugwumpami (oślizłe, galaretowate zwidy z narkotycznej delirki), ćpaniu trutki na karaluchy i ekranowym wykonaniu “numeru z Wilhelmem Tellem”. Całe szczęście, że reżyser nie kazał mu zjeść książkowego “limburgera flamboyant w moczu diabetyka i wydzielinie sromowej kokoty”. Wcześniej wśród kandydatów do roli Williama Lee pojawili się David Bowie, Jack Nicholson i Mick Jagger. Próbowano też nakręcić film na motywach “Ćpuna”, lecz jak na razie bez efektu.

Samemu Burroughsowi też zdarzyło się wystąpić na ekranie. Pojawił się w filmie “Chappaqua” Conrada Rooksa (obok Allena Ginsberga i Ornette’a Colemana), opowiadającym historię ćpuna, który przebywa nakuracji odwykowej w drogiej, prywatnej klinice pod Paryżem. Burroughs kreuje w nim rolę Opium Jonesa – faceta, przed którym pacjenci płaszczą się i klękają, by otrzymać kolejną działkę.

Autor “Ćpuna” sam przeszedł podobną kuracje odwykową. Ostatecznie wyleczono go z nałogu w 1967 roku w Anglii, dzięki apomorfinie, którą zachwalał w słynnym liście do “Brytyjskiego Przeglądu Narkotycznego” przedrukowywanym na kartach “Nagiego lunchu”.

- Jaką radę ma pan dla polityków?

- Raz do końca powiedzieć prawdę i zamknąć się na zawsze.

Po “Nagim lunchu” rozgłos zyskiwały kolejne książki: “Soft Machine”, “Nova Express” i “The Western Lands” (żadnej z nich nie wydano dotąd w Polsce – przyp. F.B.). Intensywny tryb życia Burroughsa zmuszał go też do zarabiania na życie jako malarz. Nie pokojowy, rzecz jasna – kontynuował pracę rozpoczętą przez zmarłego Gysina, okazjonalnie wykonywał też ilustracje do własnych książek.

Cieszył się szacunkiem zarówno wśród beatników, punków, jak i w kręgach filozofów popkultury. Jego nazwisko wymieniano często w towarzystwie Timothy’ego Leary, Marshalla McLuhana czy Andy’ego Warhola. Tym, co go interesowało w kulturze ery elektronicznej, była jednak ciągle kontrola. Kontrolę nad ciałem uosabiały dla niego narkotyki, a kontrolę nad umysłem – słowa. Słowa, w których ukryte jest wartościowanie poszczególnych elementów otaczającego nas świata. Słowa jako sposób montowania zdarzeń.

“Język jest wirusem” – głosi jedno z bardziej znanych zdań Burroughsa. Człowiek to – zdaniem autora “Ćpuna” – jedyne zwierzę, które uwięziło czas. Uwięziło go dzięki wynalazkowi słowa pisanego, które zapobiega utracie wiedzy – kolejne pokolenia przekazują sobie zgromadzony kapitał informacji.

- Zwierzęta też mają idee, koncepcje i sny, to oczywiste – twierdził Burroughs. – Ale nie mają słów. Mówią, lecz nie potrafią pisać.

Koncepcję “Language is a virus” podchwyciła Laurie Anderson, pisząc o niej piosenkę. Potem zaprosiła do studia nagraniowego samego Burroughsa. Tak powstała piosenka “Sharkey’s Night” z jego monologiem.

Wkrótce Burroughs stał się popularny w muzycznym świecie. Kiedyś jazz-rockowe grupy Soft Machine i Steely Dan zaczerpnęły nazwy z jego powieści. Teraz każdy chciał mieć jego głos na swojej płycie: Bill Laswell, grupa Coil, Ministry, raperzy z Disposable Heroes of Hiphoprisy. W duecie z Kurtem Cobainem (gitara) Burroughs (głos) zarejestrował album “The Priest They Called Him”, a wcześniej nagrał solową płytę, “Dead City Radio”, na której czyta fragmenty swoich powieści i esejów. Wszystko dzięki charyzmatycznej osobowości i magicznej sile starczego głosu, wciąż głoszącego bulwersujące, rewolucyjne myśli. Powoływano się na niego, bo zdecydował się na nonkonformizm, kiedy wspócześni buntownicy dopiero ząbkowali.

Trzy lata temu Burroughs wystąpił nawet w reklamówce firmy Nike (“Nie wiecie dlaczego?” – pytał. – “Dla pieniędzy!”). Co prawda nie pokazał się w sportowych butach, ale znowu słychać było jego głos – ostatni głos tamtego pokolenia. Kerouac od dawna nie żyje. Prochy Leary’ego orbitują wokół Ziemi. Umarli Ginsberg i Burroughs. A Wy na pewno czujecie się dobrze?
--------------------------------------------


Mówiono często, że William S. Burroughs jest dowodem na to, jak można spróbować wszystkich znanych narkotyków i przeżyć. Jednak do czasu. Rozmawiał o tym sam ze sobą na płycie “Dead City Radio”, na której osobiście czytał swoje teksty:

- Śmierć potrzebuje czasu tak, jak ćpun towaru.

- A po co śmierci ten czas?

- Odpowiedź jest prosta. Śmierć potrzebuje czasu, żeby to, co ma zabić, dojrzało.

Burroughs zmarł nagle, w sobotnią noc 2 sierpnia 1997 roku, na zawał serca. Rewolucjonista, pedał, ćpun, pisarz, poeta, aktor, filozof, malarz, “deratyzator” i prywatny detektyw. Przeżył 83 lata, jako zasuszony, lecz postawny mężczyzna, w nieodłącznym garniturze, krawacie i kapeluszu. Nietypowy wygląd, jak na człowieka, który przeżył piętnaście lat w narkotykowym ciągu. Ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, że ten sam facet, autor “Ćpuna” i “Nagiego lunchu”, mógłby przecież być waszym dziadkiem…

Narkoman dobrze ułożony

Jako syn dużego przedsiębiorcy, Burroughs mógł sobie pozwolić na życie w kręgach nowojorskiej bohemy artystycznej. Dzięki temu poznał w latach czterdziestych poetę Allena Ginsberga, pisarza Jacka Kerouaca i malarza Briona Gysina (patrz: “Plastik” nr 6). Dzięki temu również zaprzyjaźnił się z Herbertem Huncke, który wprowadził go w nałóg heroinowy. Dla absolwenta antropologii na Harvardzie, którym był Burroughs, było to po prostu ciekawe doświadczenie. Przerodziło się ono jednak w kilkunastoletni romans z narkotykami. Skłoniony przez władze do opuszczenia Nowego Jorku, mieszkał później w Meksyku, a następnie – w Tangerze, gdzie ówcześni narkomani mieli dla siebie prawdziwy raj. Tam właśnie Burroughs zaczął pisać “Nagi lunch” – swoją najsłynniejszą powieść. Najpierw liczyła sobie ona ponad tysiąc stron tekstu – głównie narkotycznych majaków przelanych na papier w delirium. Przed jej wydaniem Burroughs całość poszatkował i skrócił, co pozostawiło mu materiał na dwie następne książki. Wszystko to opublikował już w Paryżu, razem z Gysinem opracowując nową pisarską metodę – cut-up, a przy okazji lecząc się z nałogu.

Słynny “List Mistrza Narkomanii”, wysłany do “The Biritish Journal of Addiction” przez Burroughsa już po kuracji odwykowej, informuje dokładnie, co brał pisarz i w jakich ilościach. “Zażywałem tak zwane narkotyki przez dwadzieścia pięć lat” – pisał Burroughs. – “Niektóre z nich wywołują uzależnienie, większość nie”.

Burroughsa interesowały głównie te, które rzeczywiście, fizycznie uzależniały. Był wzburzony, kiedy mianem nałogu określano jedzenie cukierków albo picie kawy.

- Całe doświadczenie związane z nałogiem i odwykiem zmienia w pewien sposób ludzi – mówił. – Odnosi się wrażenie, że było się przez długi czas w więzieniu.

Ćpun przed telewizorem

Timothy Leary mówił o terapeutycznych efektach zażywania “miękkich” narkotyków. Philip K. Dick o tym, że wywołują objawy bliskie schizofrenii. Burroughs natomiast w jednym i drugim dostrzegał zupełnie inne znaczenie.

- Sam fakt bycia w nałogu przynosi człowiekowi zetknięcie z pewnymi fundamentalnymi zasadami – mówił w jednym z wywiadów. – Jest coś, czemu nie można zaprzeczyć. Przynoszą poczucie rzeczywistości, którego być może bez nich by się nie miało. Zawsze mówiłem, że gdyby schizofrenika uzależnić od opium, to pewnie wyszedłby za swojej katatonii. Musiałby stać mocno na ziemi, co najmniej na tyle, by był w stanie zdobyć towar i go użyć.

Zarazem jednak podkreślał, że narkomani są najnudniejszą grupą ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał w swoim życiu. Potrafią siedzieć i gapić się godzinami w telewizor.

- Mają jednościeżkowy umysł – podsumowuje. – Jak kiedyś powiedziała Billie Holiday: uświadomiła sobie, że jest już wyleczona z nałogu, kiedy przestała wpatrywać się w telewizor.

Trudno napisać podręcznik szkolny odstraszający od narkotyków bardziej niż “Ćpun” – autobiografia Burroughsa z heroinowego okresu. “Opiaty nie są ‘dobrym kopem’” – czytamy w niej. – “W opiatach istotne dla narkomana jest to, że powodują uzależnienie. Nikt nie wie, czym są opiaty, póki nie zazna głodu”.

I dalej, w rozmowie Williama Lee (stałe alter ego Burroughsa) z psychiatrą:

- Panie Lee, jak się panu zdaje, dlaczego potrzebuje pan narkotyków?

- Potrzebuję ich, żeby rano wstać z łóżka, ogolić się i zjeść śniadanie.

Chemiczny supermarket

Neuronauci, współcześni eksperymentatorzy w dziedzinie środków halucynogennych, wypytywali często Burroughsa o jego doświadczenia. On jednak okazywał się zupełnie niezdolny do adaptacji do nowych warunków na narkotycznym rynku, tak samo jak w całej technokulturze. Co prawda przewidywał w 1970 roku nadejście elektronicznej rewolucji (szkic “Electronic Revolution”, nie publikowany dotąd w Polsce), lecz dostrzegał raczej jej złe niż dobre strony. Ostrzegał przed sposobami manipulowania ludźmi, jakie może przynieść elektronika. W przeciwieństwie do technoentuzjastów pokroju Leary’ego, Burroughs był zwolennikiem starych dobrych czasów “przedwojnia”, liberalizmu w dziedzinie kontroli narkotyków (do 1914 roku nawet opium było w Ameryce całkowicie legalne) i państwa-minimum.

Chemiczny supermarket czasów współczesnych to dla Burroughsa, heroinowego konserwatysty, kosztowny zbytek.

Zapytany o speed, odpowiadał: – Tak, brałem. Ale kiedy robiłem to samemu, stawałem się zbyt nerwowy.

Podobnie z LSD, o którym nigdy nie miał najlepszego mniemania:

- Nie lubię żadnych silnych środków psychodelicznych. Próbowałem LSD i po prostu go nienawidzę. Sprawia, że staję się nerwowy. Mam wtedy kiepską koordynację i metaliczny smak w ustach. Nie ma w tym nic, co bym lubił. Brałem też meskalinę i psylocybinę. Jedyny z tych środków, jaki byłem skłonny brać z konsekwencją, to trawka.

- Jest jeden interesujący środek, yage, ale nie mogłem go zdobyć od czasu, gdy wyjechałem z Ameryki Południowej.

Wyprawę po yage opisał w jednej z pierwszych książek, powieści “Pedał”, która jednak zbyt mocno obrażała w latach sześćdziesiątych moralność mieszczańską, by ktokolwiek był skłonny ją wydać. Opublikowana została dopiero w roku 1985 (w Polsce – w 1993, nakładem Phantom Press).

Telepatyczna proza

Z yage wyodrębniono kiedyś chemiczną substancję o nazwie “telepatyna”. Jej działanie potwierdzał Burroughs, przypominając, że wciąż jeszcze używają tego narkotyku szamani. Twierdzą oni, że zwiększa ich moce, pozwala im na przykład odnajdować zagubione przedmioty.

- Moce, jakie mają szamani, nie robią na mnie wielkiego wrażenia – komentował autor “Nagiego lunchu”. – Każdy ma czasem doświadczenia związane z telepatią. To nie jest nic rzadkiego, raczej integralna część naszego życia. Być może te zdolności są tylko w pewnym stopniu zwiększane dzięki środkom poszerzającym świadomość.

Burroughs twierdził, że jego pisarstwo, w którym wykorzystywał wspomnianą już metodę cut-up (czyli ciął tekst na “plasterki” wielkości akapitów bądź pojedynczych zdań, a potem układał je w innej kolejności), również korzysta z powszechności telepatii, jasnowidzenia i zjawisk takich jak “déja-vu”. Dzięki temu, że wydarzenia teraźniejsze są przeplatane przeszłymi i przeszłymi, zyskujemy – zdaniem Burroughsa – normalny tok myślenia człowieka, który nigdy nie skupia się wyłącznie na chwili obecnej.

Najczęściej zadawano Burroughsowi pytanie o to, jaką rolę odegrały narkotyki w jego pisarskiej karierze.

- Moje doświadczenia narkomana były na tym polu bardzo pożyteczne – zwykł odpowiadać. – Nałóg, a potem kuracja odwykowa pozwoliły mi poznać różne formy uzależnień. To mnóstwo materiału, z którego pisarz może skorzystać, podczas gdy ktoś inny tylko by z tego powodu ucierpiał. Z tym że były doświadczenia nieprzyjemne – to po pierwsze. Po drugie zaś, bardzo nudne.

Nie ma przyszłości?

Nie zmienia to faktu, że te niemiłe doświadczenia pozwoliły Burroughsowi zebrać materiał do większości swoich powieści. Dopiero w latach siedemdziesiątych uwolnił się od tematyki związanej z narkotykami, zaczynając pisać prace z pogranicza filozoficznej powiastki i komentarza politycznego (przykładem jest wydany w Polsce “Cień szansy” – opowieść o utopijnym społeczeństwie zbudowanym przez francuskiego pirata morskiego w XVIII wieku na Madagaskarze). To z kolei zaskarbiło mu sympatię punków. Nie znaczy to, że Burroughs wyrażał się ze szczególną sympatią o nich (“Kiedy masz prawo powiedzieć NO FUTURE, znaczy to tylko, że żyjesz w dostatnim społeczeństwie. Punk to tylko kolejny ruch powstały w łonie społeczeństwa dobrobytu” – mówił. – “Ludzie w krajach naprawdę biednych, jak Maroko, nie mają czasu na takie rzeczy; ich jedyna perspektywa to życie z dnia na dzień, a brak przyszłości jest dla nich jak akt łaski”). Zresztą w ogóle był krytykancki wobec prawie wszystkiego, co się dzieje w czasach współczesnych. “Nie sądzę, byśmy podążali w jakimś innym kierunku niż wstecz” – mawiał.

Szczególnie naraził się kobietom, o których pisał źle, albo wcale. Na początku lat 90. istniał nawet fanzin, którego autorzy za jedyny cel postawili sobie obrażanie czytelniczek co pikantniejszymi cytatami z Burroughsa.

Nie lubił mieszkać w obcych krajach (chociaż przez dużą część życia musiał), gdzie zawsze odczuwał coś w rodzaju ksenofobii. Nienawidził samochodów i w ogóle pokonywania długich dystansów. Wolał piesze spacery. Swoisty konserwatyzm eksponował nawet przez staroświecki ubiór.

Były jednak dwie rzeczy, które nie czyniły z niego potencjalnego członka Partii Konserwatywnej. Po pierwsze, jak twierdził, “Ameryka znaczyła dla niego tyle co nic”. Po drugie, bywał niekonsekwentny w swych poglądach i nowoczesność czasami zdawała się go fascynować. Spytano go kiedyś, czy chciałby polecieć w kosmos:

- Co? O, tak. Pewnie.

“Kiedy będę martwy, śmierć stanie się morzem, z którego wyrosnę” – mówił Burroughs na “Dead City Radio”.

Bartek ChacińskiW kultowym filmie “Chappaqua” Conrada Rooksa, William S. Burroughs pojawia się na ekranie jako “Opium Jones”, człowiek od przyznawania niewielkich “działek” najbardziej spragnionym pacjentom. Ten, któremu narkomani liżą buty w zamian za porcję makowego miłosierdzia. “Nie będziesz?” – pyta Burroughs na kartach “Nagiego lunchu” potencjalnych narkomanów. “Ależ będziesz!” – brzmi odpowiedź.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

chcesz coś dodać?