20090614

"Nigdy realny, zawsze prawdziwy"


JULIO CORTÁZAR

O UCZUCIU BYCIA NIE CAŁKIEM


Jamais réel et toujours vrai *
(podpis pod rysunkiem Antonina Artaud)

Pod wieloma względami zawsze pozostanę dzieckiem, ale jednym z tych dzieci, które od począt­ku noszą w sobie dorosłego, potworem, który, gdy do­rośnie, z kolei nie przestanie nosić w sobie dziecka, co nel mezzo del camin [w połowie drogi] daje w wyniku koegzysten­cję nie zawsze pokojową, opatrzoną co najmniej dwo­ma wylotami na świat.

Można to rozumieć metaforycznie, ale w każdym razie wskazuje to na usposobienie, które nie zrezyg­nowało z dziecinnego spojrzenia za cenę uzyskania spojrzenia dorosłego, zaś to zestawienie (dające poetę, może (kryminalistę, na pewno kronopia, a ewentual­nie humorystę kwestia dozowania, akcentowania, wyboru: teraz się bawię, teraz zabijam) manifestuje się uczuciem bycia nie całkiem we wszystkich pajęczy­nach, które przędzie życie, a w których jesteśmy rów­nocześnie pająkiem i muchą.
Wiele z tego, co napisałem, można nazwać ekscentrycznością, jako że pomiędzy życiem a pisaniem nigdy właściwie nie zauważyłem wyraźnej różnicy. Jeżeli w życiu (w moim przypadku) udaje mi się ukryć ten mój niecałkowity udział — w pisaniu nie jestem w stanie go negować; przecież dlatego właśnie piszę, że mnie nie ma lub że jestem częściowo; piszę przez bankructwo, przez rozpacz. Ale ponieważ piszę „po­między", stale zapraszam innych, by szukali swoich ,,pomiędzy" i z nich spoglądali na ogród pełen drzew, i których owoce mogłyby być na przykład drogimi ka­mieniami. Potwór się nie zmienia.

Ta cecha ciągłego ścierania się tłumaczy, o ile
nie usprawiedliwia, wiele z tego, co napisałem, jeżeli
nie wiele z tego, co przeżyłem. Zarzuca się moim powieściom — tym igraszkom na krawędzi balkonu, tej zapałce obok butelki z benzyną, nabitemu rewolwerowi leżącemu na nocnym stoliku — intelektualne poszukiwanie samej powieści, które jest jakoby stałym komentarzem towarzyszącym akcji, zaś wielokrotnie akcją komentarza. Nudzi mnie dowodzenie a posterio­ri, że podczas tej magicznej dialektyki mężczyzna-dziecko gra o życie: że tak, że nie, że polega na. Czyż, pa­trząc z bliska, ta gra nie jest procederem poczynają­cym się z rozpaczy, a zmierzającym do tego, aby umie­ścić się, uplasować: gol, szach-mat, rzut „wolny". Czyż nie jest zakończeniem pewnej ceremonii, zmie­rzającej w kierunku ostatecznego zastygnięcia, które by ją ukoronowało?

Dzisiejszy człowiek z łatwością wierzy, że jego wiadomości z historii i filozofii wyzwalają go od na­iwnego realizmu. Zarówno na uniwersyteckich wy­kładach, jak w kawiarnianych rozmowach chętnie przyznaje, że nie jest tym, na kogo wygląda, i zawsze gotów jest twierdzić, że zmysły zawodzą go, zaś inteli­gencja stwarza znośny, lecz niekompletny obraz świa­ta. Ilekroć zamyśla się metafizycznie, staje się „smut­niejszy i mędrszy", ale to zamyślenie jest chwilowe, jest wyjątkiem, podczas gdy ciągłość życia wszystkimi sposobami instaluje go w pozorach, utwierdza je wo­kół niego, zdobi je w definicje, funkcje, wartości. Ten człowiek jest realistą naiwnym raczej, niż naiwnym realistą. Wystarczy obserwować go wobec niecodzien­ności, wyjątkowości: albo sprowadza ją do zjawiska estetycznego,względnie poetycznego („to było zupeł­nie surrealistyczne, daję ci słowo..."), albo z miejsca rezygnuje z badania „międzyspojrzenia", które ewen­tualnie mógł mu dać sen, jakieś niepowodzenie, rzad­ko spotykana asocjacja słowna lub przyczynowa, niepokojący zbieg okoliczności — jakiekolwiek, choćby migawkowe pęknięcie całości. Jeżeli go zapytać, odpowie, że w ogóle nie wierzy w codzienną rzeczywistość, że akceptuje ją tylko pragmatycznie. Akurat, nie wierzy! To jedyna rzecz, w jaką wierzy. Jego odczuwanie życia podobne jest do mechanizmu jego spojrzenia: czasem miewa efemeryczną świadomość, że co ileś tam sekund mrugnięcie przerywa widzenie, które jego świadomość postanowiła uznawać za nieprzerwa­ne; ale niemal natychmiast mruganie z powrotem sta­je się podświadome, zaś książka czy też jabłko utrwalają się w pozornie nieprzerwanym trwaniu. Mię­dzy okolicznościami a tymi, którzy tym okolicznościom podlegają, .tworzy się coś w rodzaju dżentelmeńskiej umowy: ty nie wytrącasz mnie z moich zwyczajów, ja cię nie drażnię i nie łaskoczę patyczkiem. Czasem jednak mężczyzna-dziecko nie jest dżentelmenem, cza­sem jest kronopiem nie wyznającym się w liniach zbieżnych, dzięki którym stwarza się zadowalająca perspektywa tych oto okoliczności, albo też, jak się to zdarza przy nieudolnych kolażach, widać, że została zastosowana nieodpowiednia skala w stosunku do oko­liczności, mrówka nie mieści się w pałacu, a czwórka zawiera trzy lub pięć jednostek. Mnie zdarzają się do­słownie takie rzeczy: raz jestem większy od konia, którego dosiadam, raz wpadam w któryś z moich pan­tofli, tłukąc się boleśnie, nie mówiąc o trudnościach wy lezienia zeń, postojach na supełkach sznurowadeł i potwornym odkryciu już na samym brzegu, że ktoś wsadził bucik do szafy i jestem w gorszej sytuacji niż Edmund Dantès w zamku d'If, bo w moich szafach nie ma nawet proboszcza pod ręką.

I podoba mi się, i jestem straszliwie szczęśliwy w moim piekle, i piszę. Żyję i piszę zagrożony owa „bocznością", tą prawdziwą paralaksą, tym byciem za­wsze trochę za bardzo na lewo lub za bardzo w głębi od miejsca, w którym należałoby być, ażeby wszystko zsiadło się pomyślnie w jeszcze jeden dzionek bezkon­fliktowego życia. Od małego, z zaciśniętymi zębami przyjąłem ten los, który z jednej strony odróżniał mnie od moich kolegów, jednocześnie pociągając ich ku oryginałowi, ku temu, który pcha paluch w wiatraczek wentylatora. Nie brakło mi zadowolenia: jedynym warunkiem było, żeby choć czasem zjednoczyć się z kimś (z kolegą, z ekscentrycznym wujem, z jakąś starą wariatką), z kimś, kto by i także nie pasował do swojej matrykuły — co rzecz jasna nie było łatwe. Ale szyb­ko odkryłem koty, w których mogłem doszukać się mo­jej doli, i książki pełne jej po brzegi. W tych latach mogłem był przepowiadać sobie — może apokryficzne wiersze Poego:

From childhood's hour I have not been
As others were: I have not seen
As others saw; I could not bring
My passions from a common spring **


Ale to, co dla niego było stygmatem (lucyferycznym, a więc przez to samo potwornym), który izolował go i skazywał —

And all I loved, I loved alone ***

- mnie nie odrywało od tych, z których okrągłym wszechświatem stykałem się tylko w jednym punkcie. Subtelna hipokryzja, zdolność do wszelkich mimetyzmów, czułość przesłaniająca, wszystko i przechodząca granice; zaskoczenia i zmartwienia dzieciństwa zabar­wiały się uprzejmą ironią. Przypominam sobie, jak ma­jąc jedenaście lat pożyczyłem koledze Tajemnicą Wil­helma Storitza, gdzie Verne ofiarowywał mi, jak zaw­sze, naturalne i serdeczne podejście do rzeczywistości nie całkowicie różnej od normalnej. Kolega zwrócił mi książkę: „Nie doczytałem jej, jest zbyt fantastyczna". Nigdy nie zapomnę zgorszenia i zdumienia, które opa­nowały mnie w owej chwili. Niewidoczność człowieka fantastyczna? A więc tylko futbol, poranna kawa i pierwsze zwierzenia seksualne miałyby nas łączyć?
Będąc dorastającym chłopcem, jak tylu innych wierzyłem, że moje ciągłe zdumienie jest znakiem za­powiadającym poetę, i pisałem poematy, które wtedy się pisze, a które zawsze są łatwiejsze od prozy, w tym okresie życia mającej szczególny wpływ na jed­nostkę. Wraz z upływem lat odkryłem, że o ile każdy poeta jest wyobcowany, o tyle nie każdy wyobcowany jest poetą w znaczeniu genetycznym. Tu wkraczam na teren polemiczny; kto chce, niech podnosi rękawicę. Jeżeli pod słowem poeta funkcjonalnie rozumiem czło­wieka puszącego wiersze, powód, dla którego je pisze .(nie dyskutując ich jakości), bierze się z tego, że jego wyobcowanie, jako takie, zawsze wzbudza mechanizm challenge and response. Tym sposobem za każdym ra­zem, gdy poeta jest wrażliwy na własną „boczność", na swoją marginesową wartość wśród rzeczywistości pozornie istotnej, reaguje poetycko (niemal, chciałbym rzec, profesjonalnie, szczególnie począwszy od pewne i dojrzałości technicznej). Inaczej mówiąc, pisze Wiersze, które są jakby uwieńczeniem tego wyobcowania, jakie widzi i czuje — zamiast czegoś, obok czegoś, poniżej czegoś, wbrew czemuś, co inni widzą takim, jakie im się wydaje, że jest, bez przestawień i krytyki wewnę­trznej. Wątpię, czy istnieje choćby jeden wielki poe­mat, który by nie był albo rezultatem tego wyobco­wania, albo go nie wyrażał. Więcej, który by go nie uczynniał i nie potęgował w przeczuciu, że właśnie to „między" jest miejscem, przez które można dojść. Ró­wnież i filozof wyobcowane się i odrywa, dobrowolnie szukając tych pęknięć w pazerności; jego poszukiwanie także bierze się z mechanizmu challenge and respon­se. W obu tych wypadkach, jakkolwiek cele są różne, pojawia się odpowiedź robocza, podejście techniczne w stosunku dookreślonego przedmiotu.
Ale jak już wiemy, nie wszyscy wyobcowani są poetami lub też zawodowymi filozofami. Prawie zawsze zaczynają od tego, że są lub chcą nimi być, lecz nadchodzi dzień, w którym zdają sobie sprawę, że nie mogą i o również nie muszą — po to, by dawać tę response niemal z góry przesądzoną, jaką jest wiersz lub filozofia wobec challenge'u wyobcowania. Ich postawa i', defensywna, ewentualnie nawet egoistyczna, jeżeli weźmie się pod uwagę, że chodzi w niej o zachowanie za każdą cenę jasności myśli, o przeciwstawienie się podstępnej deformacji, którą skodyfikowana codzienność układa w świadomość z czynnym udziałem intelektu, środków informacji, hedonizmu, sklerozy, małżeństwa itp. Humoryści, niektórzy anarchiści niemało kryminalistów i wielka ilość powieściopisarzy sytuuje się w tym niełatwym do zdefiniowania sek­torze, w którym dola wyobcowanego nie zmusza do wypowiedzi o charakterze poetyckim. Ci niezawodo­wi poeci znoszą swoje wyobcowanie z większą natural­nością, acz z mniejszym blaskiem, i można by prawie powiedzieć, że ich świadomość wyobcowania jest bar­dziej ludyczna w porównaniu z liryczną czy też tra­giczną wypowiedzią poety. Podczas gdy poeta zawsze podejmuje walkę, ci „po prostu" wyobcowani łączą się w ekscentryczności, ale tylko do tego punktu, w którym wyjątkowość — filozofa czy też poetę pobu­dzająca do challenge'u — staje się ich naturalnym lo­sem — losem, który zaczynają kochać, przystosowując swoje zachowanie do tej powolnej akceptacji. Myślę o Jarrym, o tym długim działaniu na zasadzie poczu­cia humoru, na zasadzie ironii, poufałości, które zakoń­czyło się przechyleniem wagi na stronę wyjątków, przez anulowanie skandalicznej różnicy pomiędzy zwy­kłym a niezwykłym, i pozwoliło ma codzienny krok bez konkretnej response, bo już nie ma challenge'u na pła­szczyźnie, którą w braku lepszego określenia będziemy nadal nazywać rzeczywistością, ale bez tego byłby ja­kiś flatus vocis, od którego gorsza jest tylko nicość.

przełożyła ZOFIA CHĄDZYŃSKA

______________

* Nigdy realny ale zawsze prawdziwy

** Od dzieciństwa już inny byłem
niżeli inni. Nie widziałem tego
co oni widzieli. I nie umiałem
czerpać mych namiętności ze wspólnych źródeł.

*** Wszystko co kochałem, kochałem samotnie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

chcesz coś dodać?